🇫🇷 Francja i 🇮🇹 Włochy 2026 – Dzień 5 – Lawendowy zawrót głowy 🌿🪻 🇫🇷🚙☀️ ⛪️
Dziś w planie lokalne poszukiwania najpiękniejszego pola lawendy.😄 To oczywiście pół żartem, pół serio, bo w tej okolicy konkurencja jest ogromna, gdyż jesteśmy w prowansalskim zagłębiu lawendowym, ale cel jest jasny: ruszamy w drogę, zwiedzamy i szukamy super pola na sesję zdjęciową. Wyruszamy o 9:30 i obieramy kurs na zjawiskowe miasteczko Gordes. Co ciekawe, na pierwszą lawendę wcale nie musieliśmy długo czekać – tuż za hotelem, zaledwie kilometr od startu, wita nas fioletowy dywan.
Po kilkunastu kilometrach pól jest już całe mnóstwo. Nie wytrzymujemy, zatrzymujemy się na dłuższą sesję zdjęciową. Okolica pachnie po prostu niesamowicie, ten zapach zostanie z nami na zawsze!





W końcu docieramy do Gordes – jednego z oficjalnie najpiękniejszych miasteczek we Francji (Les Plus Beaux Villages de France). To ufortyfikowane, wręcz „przyklejone” do skały miasteczko, którego historia sięga czasów celtyckich, a później rzymskich. W średniowieczu wzniesiono tu potężny zamek, który strzegł strategicznych szlaków Prowansji. Przez wieki mieszkańcy żyli tu z rolnictwa, rzemiosła i tkactwa. Miasteczko ucierpiało podczas II wojny światowej, ale w drugiej połowie XX wieku odkryli je artyści (m.in. Marc Chagall ), którzy zakochali się w tutejszym świetle i architekturze, przywracając mu dawny blask.
Dlaczego warto tu przyjechać? Gordes oszałamia architekturą z jasnego kamienia wapiennego i panoramicznymi widokami na dolinę Luberon. Kiedy dojeżdża się do miasta, widok z drogi dosłownie zapiera dech w piersiach.




Na miejscu okazuje się, że trafiliśmy na dzień targowy. Znalezienie wolnego miejsca parkingowego graniczy z cudem, a odwiedzających jest mnóstwo. Spędzamy tu około godziny, spacerując klimatycznymi, stromymi uliczkami, podziwiając widoki z góry i buszując po straganach. Asi udaje się upolować piękny, tradycyjny obrus z lawendowym nadrukiem – idealna pamiątka! Pogoda nas nie oszczędza, jest potwornie gorąco, termometry pokazują ponad 35 stopni.









Uciekając przed upałem, jedziemy kilka kilometrów dalej do Abbaye Notre-Dame de Sénanque. To XII-wieczne opactwo cysterskie, które jest absolutnym symbolem Prowansji. Słynie z tego, że mnisi od pokoleń uprawiają tu lawendę oraz produkują z niej olejki, miody i kosmetyki.
Dolina, w której ukryte jest opactwo, wygląda jak z pocztówki. Szare, surowe mury klasztoru idealnie kontrastują z fioletem rzędów lawendy. Tutaj również fundujemy sobie super sesję zdjęciową, a potem robimy udane zakupy w klasztornym sklepiku pełnym autentycznych, lawendowych wyrobów. W powietrzu unosi się intensywna mieszanka lawendy i prowansalskich ziół.












Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest L’Isle-sur-la-Sorgue. To kolejno niezwykłe miasteczko jakie odwiedzamy. Otoczone ramionami rzeki Sorgue, w średniowieczu było ufortyfikowaną wyspą (stąd nazwa *L’Isle*, czyli wyspa). Dzięki stałemu i silnemu nurtowi czystej rzeki, od XII wieku prężnie rozwijał się tu przemysł. Woda napędzała dziesiątki kół młyńskich, które służyły do mielenia zboża, produkcji papieru, a później do foluszowania wełny i tkania jedwabiu. W XX wieku miasteczko przeszło kolejną transformację i dziś jest „stolicą antyków” – trzecim najważniejszym centrum handlu antykami w Europie (zaraz po Londynie i Paryżu). Droga prowadzi przez liczne, dzikie wąwozy. Kręta droga i liczne ostre zakręty – trzeba uważać.




Wizyta tutaj to czysta przyjemność. Zaczynamy od wspaniałego lunchu w restauracji tuż nad samą rzeką. Zamawiamy mule – były po prostu wyśmienite, idealnie świeże!




Po obiedzie spacerujemy wzdłuż kanałów, gdzie wciąż leniwie obracają się porośnięte mchem, zabytkowe koła młyńskie, przypominające o dawnej potędze rzemieślniczej miasta.







Gubiąc się w wąskich uliczkach urokliwego centrum, docieramy do głównego placu, nad którym góruje kolegiata Notre-Dame-des-Anges (Matki Bożej Anielskiej). Z zewnątrz budowla prezentuje się skromnie (styl gotyku południowofrancuskiego z XIII wieku), ale jej wnętrze to prawdziwy szok – w XVII wieku przebudowano je na styl barokowy. Jest niesamowicie bogato zdobione, pełne złoceń, rzeźb i fresków, co czyni ją jednym z najwspanialszych zabytków barokowych w całej południowej Francji.




Droga powrotna do hotelu zajmuje nam około 2 godzin. Autostrady A7 i A51 przywitały nas sporymi korkami, ale na koniec dnia czekała nas jeszcze jedna atrakcja. Zaledwie 2 kilometry od naszego hotelu znajduje się fabryka słynnej firmy L’Occitane en Provence. Dla mnie ta marka była zagadką, ale dziewczyny od razu wiedziały, o co chodzi, i szybko zniknęły między półkami, wybierając dla siebie kosmetyki.



Firma została założona w 1976 roku przez Oliviera Baussana, który jako 23-latek kupił destylator, zaczął pozyskiwać olejek z lokalnego rozmarynu i sprzedawać go na prowansalskich targach. L’Occitane zasłynęło na całym świecie z produkcji naturalnych kosmetyków opartych na tradycyjnych składnikach z regionu: lawendzie, oliwie z oliwek, migdałach czy miodzie (a także maśle shea z Burkina Faso). Fabryka powstała właśnie w Manosque, ponieważ to serce Górnej Prowansji – stąd firma ma najbliżej do plantacji lawendy na płaskowyżu Valensole i stąd czerpie swoją tożsamość. Dziś to globalny gigant, ale wciąż wierny swoim prowansalskim korzeniom.


Wracamy do hotelu zmęczeni, pachnący lawendą, bogatsi o nowe kosmetyki i pełni wrażeń. Kładziemy się spać wcześniej, bo jutro czeka nas intensywny poranek. Kolejny wpis będzie już z Monako, ale po drodze mamy zamiar zobaczyć coś spektakularnego – ruszamy na podbój monumentalnego wąwozu Verdon! Do przeczytania jutro!