🇫🇷 Francja i 🇮🇹 Włochy 2026 – Dzień 7 – Koniki, lokalny Książe i witaj Italio🪻 🇫🇷🇲🇨🇮🇹🏞️🫅🚙☀️
Kolejny dzień, kolejny wpis na bloga! Wstaliśmy o 8:00 i zaraz po śniadaniu wymeldowaliśmy się z hotelu. Pogoda od rana nas rozpieszczała – niebo było bezchmurne, a słońce zapowiadało piękny dzień.
Naszym pierwszym celem był parking, zlokalizowany w okolicach słynnej prostej startowej Formuły 1. W tym miejscu należy się Wam krótka historia ryczących silników w Monte Carlo, gdyż wyścigi F1 w Monako to absolutna legenda i jeden z najbardziej prestiżowych punktów w całym kalendarzu sportów motorowych. Wszystko zaczęło się w 1929 roku z inicjatywy Antony’ego Noghèsa. Kiedy w 1950 roku powstała Formuła 1, Grand Prix Monako stało się jej nieodłączną częścią. Tor jest wyjątkowy, bo w całości biegnie ciasnymi, miejskimi uliczkami. Brak stref wyjazdowych, bliskość barier i legendarny tunel sprawiają, że to jedno z najtrudniejszych wyzwań dla kierowców na świecie. Wygrana tutaj daje status nieśmiertelności.
Droga na parking trochę nam się dłużyła w korkach, ale szybko przypomnieliśmy sobie, dlaczego miasto jest sparaliżowane. To przecież dzisiaj zaczynają się prestiżowe zawody jeździeckie „Longines Global Champions Tour”, o których pisałem Wam wczoraj!



Gdy tylko przeszliśmy prostą startową, zorientowaliśmy się, że zawody już ruszyły na dobre. Ruszyliśmy wzdłuż portu, kierując się na jego drugą stronę. Po drodze odwiedziliśmy sklep z pamiątkami w miejscu, gdzie podczas wyścigu F1 znajduje się słynna szykana mijająca miejski basen (Nouvelle Chicane i sekcja Piscine).




Kawałek dalej wyrosło przed nami całe miasteczko jeździeckie oraz specjalnie przygotowany parkur.
Jeździectwo w Monako to zupełnie inny wymiar tego sportu. Zawody z cyklu „Longines Global Champions Tour”, co roku luksusowy port Harbour Hercule zamienia się w profesjonalną arenę. Tony piasku są wysypywane tuż obok wielomilionowych jachtów, a w szranki stają najlepsi skoczkowie świata, w tym członkowie rodzin królewskich i celebryci. Postanowiliśmy spróbować się tam dostać i – ku naszemu zaskoczeniu – udało się! Mieliśmy okazję przez chwilę pooglądać z bliska konkurs skoków przez przeszkody. Widok potężnych koni przelatujących nad przeszkodami z luksusowymi jachtami w tle zrobił na nas ogromne wrażenie. To było super i zupełnie nowe doświadczenie!













Pełni wrażeń skierowaliśmy swoje kroki pod górę, na słynne wzgórze zwane Skałą Monako.
Dlaczego Skała? Nazwa jest całkowicie dosłowna – to monolityczna, wysoka na ponad 60 metrów skała wapienna wysunięta wprost do Morza Śródziemnego, która od starożytności stanowiła naturalną twierdzę obronną. To najstarsza dzielnica państwa, Monaco-Ville, będąca sercem historycznym księstwa.







Wdrapanie się tam w pełnym słońcu kosztowało nas trochę potu, ale było warto. Przemierzyliśmy sieć wąskich, urokliwych i niezwykle czystych uliczek, aż doszliśmy do wielkiego placu – Place du Palais.
Na placu wznosi się imponujący Pałac Książęcy (Palais Princier), oficjalna rezydencja panującego księcia Alberta II. Historia tego miejsca sięga 1191 roku, kiedy powstała tu pierwsza genueńska forteca. W 1297 roku sprytny Franciszek Grimaldi (zwany Złośliwym) zdobył twierdzę podstępem, przebrany za franciszkańskiego mnicha. Od tamtego momentu rodzina Grimaldi nieprzerwanie rządzi Monako, co czyni ich jedną z najdłużej panujących dynastii w Europie. Sam pałac był wielokrotnie przebudowywany z surowej twierdzy w pełną przepychu renesansową rezydencję.




Z tarasów widokowych zrobiliśmy przepiękne zdjęcia na zachód, gdzie rozpościera się widok na urokliwą Zatokę Fontvieille oraz najnowszą, wydartą morzu dzielnicę o tej samej nazwie.

Po sesji fotograficznej zeszliśmy z powrotem na parking, pożegnaliśmy luksusowe Monako i ruszyliśmy w stronę sąsiedniego miasta Menton.


Wjechaliśmy do Menton, a to oznaczało, że jesteśmy już we Francji. Zaparkowaliśmy samochód i ruszyliśmy na szybkie zwiedzanie.
Historycznie miasto przechodziło z rąk do rąk (rządzili nim m.in. Genueńczycy i Grimaldi z Monako), aż w XIX wieku stało się częścią Francji. Dziś Menton słynie przede wszystkim z niesamowitego mikroklimatu, dzięki któremu rosną tu najlepsze cytrusy w Europie. Miasto jest absolutną stolicą cytryn, a co roku organizowane jest tu widowiskowe Święto Cytryny.
Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić zdjęcia przy charakterystycznym napisie z nazwą miasta! Następnie zaczęliśmy wspinać się po licznych, tarasowych schodach prowadzących do górującej nad miastem świątyni. To Bazylika św. Michała Archanioła. Ten XVII-wieczny kościół to perła architektury barokowej, z charakterystyczną fasadą w kolorach ochry i żółci oraz imponującą dzwonnicą. Niestety, pocałowaliśmy klamkę – bazylika była zamknięta.







W drodze powrotnej do auta daliśmy się porwać lokalnemu klimatowi. Sklepy z pamiątkami ugięły się pod motywami cytrynowymi – od mydełek, przez ceramikę, aż po likiery. Na ząb wrzuciliśmy lokalną przekąskę: genialne, chrupiące frito misto (smażone owoce morza), które zjedliśmy ze smakiem.



Ruszyliśmy dalej na wschód. Po zaledwie kilku kilometrach przekroczyliśmy kolejną granicę – opuściliśmy Francję i wjechaliśmy do Włoch. Przed nami była kilkugodzinna podróż do naszego kolejnego punktu na mapie: River Park Hotel w Fiumaretta di Ameglia.






Trasa wzdłuż wybrzeża Ligurii (słynna autostrada A10) była niezwykle wymagająca. Droga to praktycznie niekończący się ciąg wiaduktów i tuneli.


Na trasie od granicy francuskiej do Genui i dalej na południe znajduje się ponad 150 tuneli i blisko 300 wiaduktów!
Jazda w takich warunkach potrafi mocno zmęczyć. Oczy szalały od ciągłej zmiany światła: co chwilę kompletna ciemność tunelu, a sekundę później oślepiające, włoskie słońce na wiadukcie.
Po ponad 3 godzinach tej drogowej przeprawy dotarliśmy na miejsce. Zmęczeni, ale szczęśliwi, błyskawicznie wskoczyliśmy w stroje kąpielowe i wylądowaliśmy w hotelowych basenach.



Zostajemy tutaj na trzy noce i oficjalnie przełączamy się na tryb „relaks”. Okolica ma jednak tak dużo do zaoferowania, że możecie być pewni jednego – będziemy mieli o czym pisać jutro i pojutrze.
Do usłyszenia!