🇫🇷 Francja i 🇮🇹 Włochy 2026 – Dzień 9 – Magiczne Cinque Terre z pokładu statku 🇮🇹🚢⚓️🚙☀️
Kolejny dzień, kolejny wpis na blog. Dziś wczesna pobudka. O 7:05 byliśmy już na śniadaniu, oczywiście pierwsi. Cały hotel jeszcze śpi, a my już na nogach? Dlaczego? Ano, dziś mamy wykupioną wycieczkę do Cinque Terre.
Popłyniemy tam łodziami. Niby bilet jest otwarty, coś w typie hop on – hop off, ale chcemy popłynąć pierwszym statkiem z niedalekiej miejscowości Lerici. Cinque Terre to najbardziej znana atrakcja turystyczna tej części Włoch (obok Portofino).
Zanim przejdziemy do relacji z rejsu, zatrzymajmy się na chwilę przy samym fenomenie tego miejsca. Cinque Terre (czyli dosłownie Pięć Ziem) to spektakularny fragment liguryjskiego wybrzeża, w skład którego wchodzi pięć bajecznie kolorowych miasteczek: Riomaggiore, Manarola, Corniglia, Vernazza oraz Monterosso al Mare.

Dlaczego to miejsce jest tak popularne i warto tu przyjechać?To prawdziwy cud inżynierii i ludzkiej determinacji. Miasteczka są wciśnięte w strome, wręcz pionowe klify schodzące prosto do szmaragdowego Morza Liguryjskiego. Przez wieki mieszkańcy wyrywali naturze każdy metr ziemi, budując na zboczach niesamowite tarasy pod uprawę winorośli i oliwek. Powstał tu unikalny, odizolowany mikroklimat. Wpis na listę UNESCO w 1997 roku tylko przypieczętował to, co widać gołym okiem – symbiozę człowieka z surową naturą.
Co warto zobaczyć? Przede wszystkim architekturę „domów wieżowych” (case-torri), pomalowanych na pastelowe kolory, zapierające dech w piersiach punkty widokowe, lokalne winnice oraz sieć szlaków pieszych.
Naszą podróż zaczynamy od przyjazdu do Lerici i zaokrętowaniu na statek, który wypływa o 9:30. Przy wejściu na pokład kapitan informuje nas, że w miejscowości Porto Venere musimy się przesiąść na większy statek, który już popłynie z nami do tych urokliwych miasteczek. Tak też się dzieje. Przy tym samym pomoście czeka na nas już większa jednostka i po przejściu zaraz ruszamy w rejs. Statek jest obszerny i wygodny.












Nie planujemy wysiadać w każdej miejscowości, bo na to trzeba by poświęcić cały dzień. Trzeba wziąć pod uwagę, że jeżeli wysiądziesz, to następny statek jest dopiero za godzinę.
Dopływamy do pierwszej miejscowości – Riomaggiore. Kilka osób wysiada, lecz zdecydowana większość płynie dalej. To najbardziej wysunięte na południe miasteczko Cinque Terre, które zachwyca kaskadowo ułożonymi domami wciśniętymi w wąską dolinę potoku. Nad małym, skalistym portem górują charakterystyczne, wysokie budynki o intensywnych barwach ochry i różu. Widok stąd jest niesamowicie surowy i fotogeniczny.


Za 20 minut dobijamy do Manaroli. Tu decyduje się opuścić statek już więcej osób. Miejscowość wygląda także bardziej okazale. Słynie z niezwykle malowniczego położenia na czarnej, skalistej ostrodze, a jej wizytówką są otaczające ją tarasy z winnicami, z których produkuje się słynne wino Sciacchetrà. To tutaj znajduje się jeden z najbardziej ikonicznych punktów widokowych w całych Włoszech.


My płyniemy dalej. Mijamy oddaloną, położoną wysoko na skałach Corniglię. Ona jako jedyna nie ma bezpośredniego dostępu do morza, za to dumnie wznosi się na stupięćdziesięciometrowym klifie. Można dostać się tam pociągiem, a potem pokonać słynne schody Lardarina liczące blisko 400 stopni.

Dopływamy do Vernazzy. I tu już opuszczamy statek. Podjęliśmy decyzję, że do ostatniego miasteczka (Monterosso al Mare) w ogóle nie pojedziemy ze względu na ograniczenie czasowe. Co straciliśmy?Monterosso to największa z miejscowości, która jako jedyna posiada szeroką, piaszczystą plażę z prawdziwego zdarzenia oraz długą promenadę. Straciliśmy okazję do zobaczenia tamtejszego olbrzymiego posągu Neptuna wykutego w skale oraz klimatycznego starego miasta z klasztorem Kapucynów. Coś jednak trzeba było wybrać!
Vernazza o 11:30 tętni już życiem. Dużo chwilowych turystów jak my, sporo też tych, którzy wynajęli tu pokoje na dłuższy wypoczynek. Trochę ludzi opala się na małej plaży. Ja i Asia swoje kroki kierujemy na wzgórze, gdzie wznosi się Zamek Doria z charakterystyczną wieżą Belforte. Ta XI-wieczna, ufortyfikowana konstrukcja służyła niegdyś do obrony przed piratami, a dziś stanowi genialny punkt obserwacyjny. Choć wspinaczka wąskimi uliczkami i stromymi schodami kosztowała nas trochę trudu, widok z góry na okrągłą wieżę i panoramę portu zrekompensował każdy wylany litr potu!














Zuzia w tym czasie poszła na oddalony na zachód punkt widokowy, aby zrobić zdjęcia całej miejscowości z góry. My po zejściu z zamku zajrzeliśmy jeszcze do lokalnego kościoła św. Małgorzaty Antiocheńskiej. To wyjątkowa, XIV-wieczna świątynia wzniesiona tuż przy samej wodzie – jej mury są niemal obmywane przez fale, a surowe, kamienne, romańskie wnętrze zapewnia cudowny chłód i chwilę oddechu od zgiełku.



Gdy spotkaliśmy się z powrotem z Zuzią, okazało się, że nasz statek już odpłynął…
Nie chcemy marnować kolejnej godziny czekania na kolejny statek, choć miejscowość jest urocza. Podejmujemy szybką decyzję: wracamy do Manaroli pociągiem! Całe wybrzeże jest świetnie skomunikowane, a linie kolejowe w tym miejscu głównie prowadzą tunelami wykutymi w litej skale. Pociąg mamy zaraz i po zaledwie 12-minutowej podróży wysiadamy w Manaroli.

Schodzimy do wybrzeża i z poziomu lądu podziwiamy malowniczość tej miejscowości. Jak widzicie na zdjęciach, od strony morza jest tu mnóstwo potężnych skał. Co ciekawe, nie jest to żadną przeszkodą dla plażowiczów, a wręcz zaletą! Lokalne chłopaki i odważniejsi turyści wykorzystują je jako naturalne trampoliny, z wielką ekspresją skacząc do głębokiej, przejrzystej wody. Klimat jest tu niesamowity – czysta, włoska sjesta w otoczeniu kolorowych fasad.








Tak sobie spacerujemy i o 13:00 wskakujemy na łódź, która płynie z powrotem do Porto Venere. Mijamy Riomaggiore i dopływamy po 30 minutach.

Tutaj mamy 2 godziny do najbliższej łódki do Lerici, gdzie zostawiliśmy samochód. Idealny moment na obiad! Znajdujemy przytulną trattorię wciśniętą w wąską uliczkę i zamawiamy pyszny, lokalny lunch (oczywiście królują owoce morza i pesto genovese!).




Punktualnie o 16:00 wypływamy do Lerici. Po 30 minutach rejsu i 10 minutach spaceru na parking, wsiadamy do auta i odjeżdżamy do naszego hotelu. Bardzo szybko po przybyciu na miejsce lądujemy w basenach, aby się ochłodzić. Przez cały dzień temperatura przekraczała 30°C, więc nasze ciała nagrzały się fest. Basen to było zbawienie!
O 19:30 ruszamy na naszą ostatnią liguryjską kolację. Tam, gdzie byliśmy przedwczoraj, bardzo nam smakowało, więc nie szukamy niczego innego – idziemy na sprawdzone pewniaki.






To znowu była wspaniała uczta. Wracamy do pokoju i udajemy się na w pełni zasłużony odpoczynek. Jutro rano pakowanie, śniadanie i w drogę nad Jezioro Garda. To sporo kilometrów do przejechania i – jak możecie się domyślić – oczywiście nie pojedziemy tam najkrótszą drogą! 😉
Wszystkich zaciekawionych tą małą zapowiedzią zapraszamy do jutrzejszej lektury!